Chiny 2010 – Seerdengpu 5592m – Dziennik Wyprawy
Zapraszam do dziennika wyprawy. W miarę możliwości technicznych będzie uaktualniany codziennie…
Zdjęcie Góry Seerdengpu autorstwa Kenzo Okawa
————————————————–
Seerdengpu – Klasa sama w sobie…
Dziennik wyprawy – Chiny 2010 – Wyprawa Wspinaczkowa – Seerdengpu (Barbarian Peak) 5592m.
2010.08.28 – Nocne Pakowanie - godz. 5.12 nad ranem a ja ciągle zadręczam się myślą „czy wszystko spakowane”. No nic, pozostanie sprawdzenie już na miejscu czy wszystko zabrałem
Najważniejsze dla mnie czyli sprzęt fotograficzny sprawdzę bezpośrednio przed wyjazdem. Jutro w Jarocinie spotkanie z resztą grupy Marcinem i Adamem – tam szybkie przepakowanie i jedziemy do Berlina.
2010.08.29 – Wyprawa rozpoczęta – g0dz. 9.30 rano spakowani i podekscytowani ruszyliśmy do Berlina skąd mamy mamy udać się do Amsterdamu. Oczywiscie nie mogło się obyć bez problemu. Na lotnisku okazało się, że ciężar bagażu nie może przekraczać 23 kg, ni deko więcej. Cudnie…I niepotrzebnie zmarnowane 2 godziny w nerwach jak co z czym gdzie „zzipować”,, bo i tak musieliśmy dokupić dodatkowy bagaż 23 kg. Tak więc po straconych nerwach i pieniądzach wsiedliśmy do samolotu. W Amsterdamie pogoda fatalna, ale lotu nie odwołali. Wsiedliśmy do samolotu do Pekinu koło godz 21.00, gdzie spędzimy kilka ładnych godzin.
2010.08.30 – Pekin – Jesteśmy na lotnisku w Pekinie. Poza nienormalną ilością Chinczyków ja osobiście nie widzę chwilowo nic „orientalnego”. Od czasu do czasu jakiś akcent kultury chińskiej ale ogólnie wszystko bardzo podobne. Czekamy na samolot do Chengdu.
2010.08.30 – Chengdu – Po przylocie na lotnisko odebrał nas pracownik agencji i bardzo szybko dostaliśmy się do hotelu. Po upragnionym prysznicu zabrano nas na spacer po starej części miasta. Tam w końcu zobaczyłem kulturę chińską, dalej w wydaniu dla turystów, ale muszę przyznać, że już robiła wrażenie. Kolacja okazała się ostra, z tych naprawdę ostrych. Kolo 22 wróciliśmy do hotelu i nie miękko niestety, ale zabrało nam to całe 10 min kiedy każdy zapadł w sen.
2010.08.31 – Chiński „młyn” – Punktualnie o umówionej godzinie zjawił się nasz człowiek z agencji. Podczas śniadania dodatkowo rozmawiałem telefonicznie z Amerykaninem, który odpowiada za naszą obsługę i wtedy poczuliśmy, że jesteśmy w dobrych rękach. Jakie wielkie było nasze zaskoczenie, że w Chinach cieżko kupić tanio „Made in China”. Jeśli chodzi o ceny wyposażenia górskiego to wszystko drogie, jeśli nie absurdalnie drogie. Dzień zszedł nam na kupowaniu zaopatrzenia i jedzenia. Widokowo nic ciekawgo, ot wielkie miasto i dużo ludzi z ta różnica dla europejczyka że wszyscy są mali i wszystko zapisane „szlaczkami”. Bardzo interesująca sprawa to ruch uliczny, znaki drogowe są traktowane jak luźne wskazówki a na skrzyżowaniu ze światłami często można spotkać policję ,która kieruje ruchem. Sygnalizacja swietlna na przejściu dla pieszych jest bardziej urozmaiceniem krajobrazu bo piesi i tak przechodzą kiedy chcą. Sytuacja jest o tyle ciekawa ,że nawet stróże prawa nie przejmują się osoba przedzierajaca się przez przejście podczas ostrego ruchu. Nie przejmują się bo sama osoba tez jakoś nie wyglada na wystraszona, kiedy przeskakujac pomiędzy samochodami na 4 pasmowej drodze spokojnie rozmawia przez telefon.
Spakowani i przygotowani idziemy spać bo juto od rana zmierzamy w góry.
2010.09.01 – Droga do naszego celu – Wstaliśmy o 6.30 rano. Lekka nerwówka, z powodu liny, której nie mogliśmy nabyć w całym Chengdu i musieliśmy załatwiać ją od pracownika Agencji. John z Blue Travel zlitował się nad nami i pożyczył nam swojej. Przebiliśmy się przez korki miasta jeepem. Jechaliśmy przez obszar dotknięty trzęsieniem ziemi w 2008 r. Zginęło wtedy ok. 80 tys ludzi a ok. 20 tys zaginęło. Przejechaliśmy przez przełęcz na 4300 m., przekroczyliśmy teren parku. Zostaliśmy zakwaterowani w ciekawym domku na wysokości 3300 m skąd mogliśmy podziwiać niesamowity orient. A deszcze pada już 4 dni.
2010.09.02 – Ściana – Jesteśmy już u podnóża naszego celu. Bazę mamy na ok 4000 m. Pogoda się troche nad nami zlitowała i weszliśmy bez deszczu. Teraz tylko lekko pada. Nasi tragarze nie protestowali i wynieśli wszystko tak jak trzeba. Podejście było łatwe i zrobiliśmy je w nieco ponad godzinę. Oddycha się dziwnie, ale nikt nie odczuwa problemów z wysokością. Teraz zostało nam siedzenie w namiocie u podnóża Seerdengpu, gdyż rozpadało się na dobre.
2010.09.03 – I pierwsze trudności – Dzisiaj w planie mieliśmy podejście pod drogę. Celem było oczywiście wyniesienie sprzętu wspinaczkowego, a przy okazji pooglądanie co nas czeka, czyli trudności ściany. Podejście okazało się bardzo ciężkie, gdyż każdy z nas targał ciężki plecak. Pokonaliśmy 750 m w pionie wychodząc prawie na 4800 m. Niestety wysokość odbiła się na naszym samopoczuciu i leczymy się Aspiryną. Ale co jak co droga wygląda naprawdę okazale i miejmy tylko nadzieję, że pogoda nam dopisze
2010.09.04 – Trudności ciąg dalszy- I niestety wczoraj wieczorem zaczął padać deszcze, który w nocy przerodził się w śnieg. Koczowaliśmy w namiocie do godziny 16, aż Marcin w końcu zarządził zejście. Schodzenie było fatalne, padający nieustannie deszcz, gubiliśmy stale drogę, a na dodatek byliśmy niemiłosiernie głodni i przemarznięci. W normalnych warunkach podziwialibyśmy uroki chińskiego lasu i jego niesamowitej egzotyki, ale w tych warunkach nie byłem w stanie docenić jego walorów. Ale gdy w końcu dotarliśmy do obozu wszystkie niedogodności nagle zniknęły, dzięki podanej nam gorącej herbacie. I znowu kładziemy się spać z wczorajszą myślą, która dotyczyła oczywiście lepszej pogody.
2010.09.06 – Ta wredna pogoda – Niestety wczorajszy dzień mimo mocnej nadziei, skończył się na oglądaniu kropel deszczu. Dzisiaj popołudniu wybraliśmy się do pobliskiej wioski Rilong. Chcieliśmy skorzystać z interentu, żeby sprawdzić pogodę, ale jak na złość w kawiarence zabrakło prądu. Nakłoniliśmy więc miłego właściciela kawiarenki, żeby wysyłał nam chociaż smsy z prognozą pogody na dany dzień. Dzisiaj miało znowu padać, ale jak tylko zobaczyliśmy błękitne niebo, zdecydowaliśmy wrócić do bazy. Po drodze jednak potowarzyszył nam przelotny deszcze, ale przepiękny zachód, który nas spotkał przy namiotach wynagrodził nam „przemoknięte” nastroje
. Noc okazała się być bezchmurna i niesamowicie piękna. Kolejna próba zatem podejścia pod ścianę nastąpi jutro.
2010.09.07 – Bardzo powoli, ale do przodu – I znowu poszliśmy pod naszą ścianę. Zdeponowaliśmy resztki jedzenia i sprzętu. Oczywiście standardowo zmokliśmy, gdyż tym razem dopadł nas opad mokrego śniegu (tak dla urozmaicenia
). Marcin z Adamem weszli łatwym terenem pod drogę, ja natomiast zszedłem niżej i bawiłem się fotograficznie. Ściana prezentowała się po prostu fantastycznie. Raz mgła, raz słońce, światłocienie monolitu. I resztę dnia odpoczywamy jak zwykle z powodu fatalnej pogody
2010.09.09 – Słodkie lenistwo – No i pierwszy dzień ładnej pogody. Trzeba było posuszyć ubrania, ja trochę pofociłem piękne chmury. No i tak jakoś minął ten dzień. Następnego dnia od rana niestety znowu pojawił się deszcz. I znowu czekamy by zaatakować.
2010.09.11 – Pierwsza próba podejścia – Obudziliśmy się dość późno. Yeti jak tylko zobaczył, że ściana nie jest ośnieżona zarządził atak. Plan zakładał akcję non stop z racji na niepewną pogodę. Szło bardzo dobrze, ale niestety nad ranem następnego dnia Marcin oberwał kamieniem w rękę, co uniemożliwiło mu dalszą akcję. Po 26 godzinach zmagań musieliśmy wrócić do bazy. Tyle przygotowań i czekania na marne przez mały kaprys ściany. Fakt jest taki, że Serdengpu jest bardzo krucha, a zdjęcia nie oddają trudności góry.
2010.09.12 – Po chwilowym przespaniu się po akcji zdecydowaliśmy, że schodzimy do doliny. Yeti skarżył się na ból palca a ręka po uderzeniu kamieniem ciągle puchneła. Pogoda pogarszała się z minuty na minutę, dlatego każdy schodził z własnym plecakiem a spakowane wory zostawiliśmy w namiocie. Zaraz po podjetej decyzji o schodzeniu wysłaliśmy sms’a z prośbą o transport do schroniska. Okazało się, że nie dotarł bo o 20.00 na drodze spotkała nas tylko noc. Przemaszerowalimy do najbliższej chaty i językiem migowym oraz rozmówkami Adama poprosiliśmy o transport. Kosztował nas co prawda 100 Yuanów, ale wrażenia z siedzenia na pace psującego się motorka – bezcenne.
2010.09.13 – Z samego rana wyruszyliśmy do $$$. Ręka Marcina spuchła jeszcze bardziej, dlatego postanowiliśmy odwiedzić doktora. Sama jazda była niesamowita. Przejeżdżaliśmy przez małe wioski, na każdym kroku machali do nas ludzie pozdrawiając. W jednej wiosce zrobił się mały korek bo akurat ekipa remontowa kładła asfalt. Bez wcześniejszego przygotowania objazdów czy informacji o remontach po prostu zaczeli kłaść czarną nawierzchnie, byli tak skuteczni, że jak wracaliśmy kilka godzin późnej położyli przynajmniej kilkanaście kilometrów nowej drogi. Po dotarciu do szpitala zaskoczył nas widok pięknego gmachu pośród wybiedniałych chat małej mieścinki. Wnętrze szpitala powiększyło tylko nasz podziw – wszystko czyste, ładne i… duże. Szok nie trwał jednak długo. „Dziadek” bo tak nazywaliśmy szefa Schroniska wparował z papierosem do gabinetu lekarza. Dyskutował z doktorem prubując wytłumaczyć sytuację po czym otrzepał wypalony tytoń na podłogę. Szybko popatrzyłem na doktora szukając jakiś protestów, ale gdy zobaczyłem paczkę papierosów na jego biurku szybko zrozumiałem, że takie nie nastąpią. Ciekawostką jest też fakt ze w gabinecie doktora było jeszcze kilku pacjentów przyjmowanych równocześne z nami. Szczyt chińskiej ignorancji w szpitalu został przekroczony kiedy minął mnie motor jadący korytarzem podczas gdy chłopaki czekali na rentgenową fotografie Marcina dłoni. Zdjecie nie ujawniło żadnych złamań i lekarz przepisał tylko antybiotyki na, jak to sam określił, niegroźną infekcję.
2010.09.14 – Rano pojawili się portersi z naszymi worami. Po śniadaniu „Dziadek” zaprosił nas do swojego Jeepa i ruszyliśmy w droge do Chendu. Podróż została przerwana już po kilku kilometrach przez lawinę błotną. Dla nas atrakcja, dla lokalsów norma. Błoto zostało szybko usunięte przez koparkę i mogliśmy dalej zmierzać ku kolejnej przeszkodzie. Zatrzymaliśmy się w Rilong, żeby zapłacić za SMS’ową prognoze pogody i kupić pamiątki. Próbowaliśmy wyjechać inną – bepieczniejsza przełęczą niż przyjechaliśmy, ale niestety nie udało się gdyż lawina zasypła drogę i musieliśmy wracać do przełęczy przy Rilong. Było 50% szans że przejedziemy, na szczęście po 4 godzinach udało się dojechać do działającego tunelu prowadzącego do autostrady kierunek Chengdu. Znowu była możliwość pooglądania skutków zniszczeń trzęsienia zmieni z 2008 roku i robotników koczujących w starych tunelach. Koło godziny 22 dotarliśmy do hotelu.

Lawina błotna – dla nas atrakcja dla lokalsów codzienność…
2010.09.15 – Wróciliśmy do cywilizacji żeby w razie czego mieć lepszą pomoc medyczną pod ręką oraz przez to, że „Yeti” z kontuzją nie mógł patrzeć na piękne ściany chińskich gór. Dzień spędziliśmy na penetrowaniu pobliskiego targu w poszukiwaniu pamiątek dla rodziny i znajomych. Ogrom miejsca sprawił ze nie byliśmy w stanie sprawnie niczego znaleźć. Wrażenie chodzenia w kółko potęgowało się kiedy ludzie ze straganów zaczęli się już uśmiechać na nasz widok. Hałas miejsca sprawił że dudniło nam w uszach już po chwili oglądania „badziewia” które oferuje Ciński targ. Wracając głodni trafiliśmy na Siczuańską specjalność – Gorący Ostry Dzban. Wszyscy wyglądaliśmy jak najbliższa rodzina zmarłego na stypie. Twarze zapłakane i czerwone od niesamowicie ostrego dania. Dodatkowo trzeba dodać że Siczuańscy kucharze dodają do ostrych dań przyprawy, które powodują lekki paraliż ust po czym człowiek czuje się dość dziwnie nie czując swoich warg. Wieczorem poszliśmy podziwiać kolory miasta.
2010.09.16 – Marcin nie mógł spać, ręka bardzo go bolała. Rano okazało się, że ręka jeszcze bardziej spuchła, a ból już promieniuje na nadgarstek. Chłopaki postanowili odwiedzić lekarza i biuro linii lotniczych by sprawdzić czy nie da się przyśpieszyć powrotu do kraju. Ja tymczasem postanowiłem znowu odwiedzić targ i metodycznie przeszukać każdy metr. Po ośmiu godzinach polowania wróciłem z kilkoma dość oryginalnymi pamiątkami. Polowanie na pamiątki było mało opłacalne czasowo bo wyszła jedna na godzinę, lecz dopełniałem sobie polowanie na pamiątki, fotograficzną ucztą miejsca. Późnym popołudniem wróciłem do hostelu gdzie zastałem wspinaczy. Chłopaki oznajmili, że wybierają się właśnie do szpitala bo po rozmowie z ubezpieczycielem takie właśnie rozwiązanie doradził agent. Taksówka zabrala nas na miejsce i naszym oczom ukazał się kompleks szpitalny większy od niejednego małego polskiego miasta. Wielkim szczęściem okazała się pielęgniarka mówiąca po angielsku na izbie przyjęć. Dzięki niej sprawnie wypełniliśmy formularze i zapłaciliśmy w kasie odpowiednią opłatę – tak w kasie, którą odwiedzaliśmy przy każym przekierowaniu bo tutaj wszystko jest płatne gotówką. Zadziwił nas stopień organizacji, Yeti otrzymał kartę chip, którą lekarze aktualizowali przy każdej możliwości. Przy potrzebie wykonania badania pacjent skierowany do miejsca nie jest pytany o nazwisko i cel wizyty tylko o kartę. Dzięki niej pielęgniarka czy lekarz więdzą kto przyszedł i po co – szybko wykonują swoją czynność po czym notują na karcie odpowiednią informacje dzięki, której następny pracownik szpitala wie co ma z pacjentem zrobić. Jak po sznurku dotarliśmy do gabinetu ortopedy, który wpadł w konsternację i oznajmił, że stan Marcina jest bardzo ciężki. W tym samym momencie nasze śmiechy ucichły a sytuacja stała się bardzo poważna. Lekarz oznajmił, że nie może wypuścić kolegi ze szpitala bo jego stan pogarsza się z minuty na minutę i potrzebuje on operacji. Głupi cierń w palcu i delikatna kontuzja górska utworzyła zastrzał, przed którym żona Adama ostrzegała nas od samego początku Marcina kontuzji. Wszyscy z Marcinem na czele zbagatelizowaliśmy ostrzeżenie bo przecież to tylko zwykła drzazga, aż tutaj nagle lekarz informuje nas że dalsza zwłoka może skończyć się dysfunkcją dłoni.
Po konsultacji ze znajomymi lekarzami z Polski Marcin podjął decyzję, że podejmie się zabiegu w Chinach. Bezzwłocznie został przyjęty na oddział i rozpoczęto serię badań. Dostał miejsce w pokoju 8-śmio osobowym ale zaproponowano nam dopłatę do lepszego 2-osobowego pokoju, z której skorzystał. Normą w szpitalach Chińskich jest dodatkowe miejsce obok łóżka pacjenta dla osoby z rodziny. Na te noc rodziną dla Marcina stał się Adam Pieprzycki, a ja jako osoba spoza rodzinnego kręgu pojechałem na noc do hotelu.
Tak, Marcin Tomaszewski jest w szpitalu z zaplanowanym zabiegiem chirurgicznym.
2010.09.17 - Koło godziny drugiej nad ranem w hotelu pojawił się Adam. Oznajmił, że zabieg przesunięto w czasie bo lekarze chcą się skonsultować z „ordynatorem”. O ósmej rano zameldowaliśmy sie w szpitalu bo chcielismy być przy „oględzinach” Marcina. Profesor zjawił sie z bandą innych lekarzy, wprawnymi ruchami dokonał diagnozy dłoni. Niczego więcej nie stwierdził co już wczesniej nie zdołalismy ustalic – „zastrzal”. Trzeba dokonac zabiegu. Pozostaly tylko formalnosci. Zabrano nas wszystkich na zaplecze dla lekrzy i zaprezentowano szereg dokumentow – oczywiscie wszystie w szlaczkach. Jedna dobra dusza dukając tłumaczyła nam co podpisujemy a samo podpisywanie było nie lada przeżyciem. Przypominalo podpisanie cyrogafu bo na swoim imieniu i nazwisku trzeba bylo zlozyc odcisk kciuka czerwonym atramentem. Takie ostateczne podpisanie wyroku. Tym razem ja przeobrazilem sie w czlonka rodziny Marcina i swoim kciuciem dalem zgode na rozpoczecie zabiegu. Marcin wrócil do swojego pokoju a my żegnajac sie pobieglismy na miasto. Nie bylo sensu czekac razem z nim, bo nie wiedziec czemu nasza obecność bardziej denerwowala Yetiego – hm, moze to przez to ze buchalismy czarnym humorem. Operacja odbyla sie popoludniem a calosc przegiegla bez przeszkod. Krotka chwile pozniej Marcin wrocił do szpitalnego łóżka i pisał sms do nas i rodziny ze wszystko poszlo ok. Po zabiegu opuchlizna reki zaczęła maleć z minuty na minute. Naszego pacjenta odwiedzilismy późnym wieczorem dowożąc jedzenie bo okazało sie, ze chińskie szpitale nie żywia swoich podpowiecznych – za to odpowiedzialna jest rodzina. Jak tylko dowiedzielismy sie, ze Marcin umiera z glodu rozpoczelismy misje dokarmiania Yetiego. Na rogu naszej ulicy zakupilismy siezo grilwane mieso i taksowka popedzilismy z misja ratunkowa. Yeti nie jadl tylko chlonął jedzenie, to co wydawało mi sie porcja dla trzech doroslych osob zniknelo w paszczy wspinacza.
2010.09.20 - Dni mijały nam na dowożeniu jedzenia do szpitala i spacerach po Chengdu. Już zobaczyliśmy co najciekawsze punkty w mieście i otrzymalismy na klate serie humorów niezadowolonego Marcina. Nie ma mu co sie dziwić, zamiast wspinać sie w fantastycznych chinskich górach spędzał czas w szpitalu na leżeniu i rozmawianiu z firma ubezpieczeniowa w sprawach finansowania operacji. Ja z Adamem przeszukaliśmy wszystkie możliwe zakamarki Chengdu w poszukiwaniu orientalnych prezentów lub tanich markowych produktów. Jakieś pamiątki mamy, ale i tak najbardziej cieszy nas znalezienie sklepu gdzie pokupowaliśmy ciuchy dla wspinaczy po bardziej niż dobrych cenach. Wieczorami staramy się skontaktować z rodzinami przez internet i degustujemy lokalne wina.
2010.09.21 – „Wyrywamy Yetiego ze Szpitala”. Na porannej wizycie Marcin obwieścił, że chce już wyjść. Musiałem skłamać przed lekarzem, że udało nam się przełożyć lot na dziś i Marcin musi niezwłocznie zostać wypisany. Z niezadowoloną miną człowiek w białym kitlu przygotował odpowiednie dokumenty i odcisk kciuka sprawił że Marcin był wolny. Pozostało jeszcze zapłacić 2000 Yenów zaliczki za leczenie. Na parterze kolejny szok, miałem wrażanie że jakimś cudem weszliśmy do banku w którym pracują pielęgniarki. Kilka bankomatów oraz nie zliczona ilość kas do pobierania opłat. Rachunek do opłacenia wynosił dokładnie 1925 Yenów, z uśmiechem podałem kasjerce dwadzieścia setek oczekując na resztę. Mój uśmiech znikł w momencie kiedy dostałem pokwitowanie zapłaty całości kwoty a na pytanie o resztę kobieta oznajmiła mi że to i tak zaliczka…
2010.09.22 – „Ostatnie Zakupy”. Ostatni spacer po mieście, niczym pożegnanie z więzieniem. Każdy na swój sposób miał dość tej ogromnej aglomeracji. Szarość tego miejsca zaczęła wpływać na nasze samopoczucia. Popołudniem zaczęliśmy się pakować. Z tym jest zawsze problem ale tym razem przesadziliśmy po całości, mój bagaż podręczny ważył sporo ponad dwadzieścia kilogramów i zapakowany był w 55l plecaku z wyciągniętym kominem. Dodatkowo oczywiście miałem torbę fotograficzną, która sama w sobie mogłaby być bagażem podręcznym.
2010.09.23 – „Wróciliśmy do Kraju”. Oczywiście nie bez przygód. Na lotnisku w Chengdu bagaże przeszły bez problemu. Mój główny w miarę mieścił się w granicach przyzwoitości kilogramowej ale bagaż Adama ważył prawie 30kg. „Podręczne” też jakoś się zmieściły w schowkach i wyruszyliśmy do Guangzong. Lot był opóźniony i przy wyjściu z samoloty stał uczynny chińczyk z tabliczką z naszymi nazwiskami. Nerwowym gestem zaprosił nas do specjalnego zejścia na płytę lotniska. Tam praktycznie sami wyciągaliśmy swoje bagaże z samoloty i przygotowanym samochodem pojechaliśmy podziemiami na drugą stronę lotniska. Wysadzono nas i kazano biec na odprawę. Później okazało się, że samolot do Paryża czekał specjalnie na nas bo lot z Chengdu mocno się opóźnił. Musieliśmy przejść ponowną odprawę bagaży i tutaj znowu problem bo bagaż Marcina i Adama został odrzucony z racji na kilogramy. Tak zamieszaliśmy sytuacje, że tylko nie wiele wyciągając ze środka bagaże nagle okazały się odpowiednie wagowo. Jak tylko Pan z linii KLM przejął nasze plecaki znowu biegliśmy na inną odprawę. Marcin dotarł do samolotu jako pierwszy, mnie i Adama zatrzymały stewardessy i oznajmiły nam ze mamy za duże plecaki. Uśmiechając się udałem, że nic nie rozumiem i pewnym krokiem szedłem dalej, krok mój był bardzo doniosły bo szedłem w butach górskich ale Pani i tak zastąpiła mi drogę i tym razem migowym oznajmiła że z takim plecakiem wejść na pokład nie mogę. Myślałem, że to koniec, już widziałem jak samolot wylatuje bez nas a tymczasem na twarzy miłej Pani pojawił się uśmiech i sierdziła, że idzie już ktoś zająć się naszymi plecakami. Nasze „świnie” zabrano do luku bagażowego odprawiając je od razu do Berlina a nas zaproszono do zajęcia miejsc. I tak pierwszy raz w życiu miałem w samolocie tylko aparat fotograficzny i uśmiech na twarzy.
————————————————–
Informacje o wyprawie – Chiny 2010 – Wyprawa Wspinaczkowa – Seerdengpu (Barbarian Peak) 5592m.
Góra Seerdengpu 5500 mnpm położona jest w prowincji Sichuan w okolicywioski Rilong (Chiny). Pomimo niewygórowanej wysokości nad poziomem morzacharakteryzuje się nieprzeciętną niedostępnością i ponad kilometrowymiurwiskami z każdej ze swych stron. Pod naszą ścianę podejdziemy od strony Shuangqiao valley, niezwykle malowniczej doliny wyciętej wprost zfilmowych baśni o Chińskich wojownikach. Skład naszej wyprawy już dawnozamknął się w trzech osobach. Adam Pieprzycki, Marcin Tomaszewski i ja zamierzamy wytyczyć nową drogę na ten dziewiczy szczyt, naszym celem jestwspinanie w stylu alpejskim.
Styl ten daje równe szanse zarówno górze jak i mierzącym się z niąwspinaczom. Jego główną cechą w wielkim skrócie jest parcie do góry. Wykluczamy wielodniowe poręczowanie i przygotowywanie drogi, wieszaniepośrednich biwaków i wciąganie na nie ton sprzętu i żywnościumożliwiającym nam przetrwanie w załamaniu pogody. W stylu tym należy zdaćsię na ślepy los. Zminimalizowany sprzęt i prowiant ma za zadaniemaksymalnie odciążyć zespół umożliwiając tym błyskawiczną wspinaczkę naszczyt i powrót zjazdami na linie do podstawy ściany. W trakcie zdobywania góry przewidujemy najwyżej dwa lekkie biwaki. Jako prowiant zabieramy ze sobą żywność liofilizowaną, która po zalaniu wrzątkiem będzie pełniła funkcję pełnowartościowego posiłku. Zabrane w ścianę kuchenki gazowe służyć będą do topienia śniegu oraz lodu w celu uzyskania niezbędnej do sprawnej wspinaczki wody. Seerdengpu nie ma słabych punktów, nie można z niej po prostu zejść. Do tej pory odparła ataki najlepszych zespołów dlatego też nie przeceniamy swoich sił i podchodzimy do niej z respektem.
Po przylocie do Chengdu zamierzamy dotrzeć do dna doliny i położonego tam Tibetan house w którym złożymy cały nasz sprzęt. Po przepakowaniu nawysokości 4000 mnpm założona zostanie baza główna z której przeniesiemy najpotrzebniejszy sprzęt pod ścianę. Po niezbędnej aklimatyzacjizamierzamy zaatakować ścianę…to co wydarzy się później nikt nie jest wstanie przewidzieć.
Tekst: Marcin „Yeti” Tomaszewski
Uczestnicy wyprawy:
Marcin „Yeti” Tomaszewski – HiMountain – http://www.czteryzywioly.net/
Adam Pieprzycki
Wojciech Wandzel – fotograf – http://www.wandzelphoto.com/
Poniżej przedstawiam kilka zdjęć zrobionych przez Marcina Tomaszewskiego podczas pierwszej próby zdobycia szczytu.
Sponsorzy wyprawy:
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
































Pozostaw po sobie komentarz