Fotograficzny Spacer w Kopenhadze Kopenhaga, Dania

In Architecture, Photography, Travel
Scroll this

Fotografowanie to moja największa pasja. Jak sięgam pamięcią do moich początków myślenia nad kadrem, przypomina mi się wycieczka w 8smej klasie podstawówki. Był to moment kiedy moj Ojciec uznał, że jestem godzien i pożyczył mi na wyjazd Zenita. Cenny skarb naszego domostwa, który używany był na specjalne okazuje. Nie dostałem go od tak, o nie. Musiałem przejść szkolenie z zakresu obsługi i podstaw wiedzy fotograficznej. Fragmenty tego wykładu pamietam do dzisiaj. „To pokrętło”, powiedział Ojciec wskazując na regulacje czasu naświetlania, „służy do robienia ostrych zdjęć. Ustawiasz w zależności od tego jak się kto porusza. Ludzie 1/60, 1/125 samochód albo rower”. „A ta?” Zapytałem pokazując na wskazanie 1/500 . „Tego Synu” rzekł Ojciec z lekka dumą w głosie „używamy do fotografowania salomotu”.
Przysłonę regulowało się względem czasu. Dopiero po latach odkryłem, ze wypływa ona na plastykę głębi ostrości ale na tamten czas dostałem wystarczające informacje aby spróbować zmierzyć się z fotografią.
Przyszedł taki czas, ze pochłonęło mnie to bez reszty.
Dzisiaj zamykanie świata w ramy kadru i spłaszczanie naszego otoczenia w dwa wymiary to dla mnie codzienność. Nie znaczy to jednak, ze fotografia stała się dla mnie mniej pasjonująca. Fakt, przyznaje się do tego, ze czasami trzeba odłożyć aparat na półkę by dać odpocząć zmysłom.
Jednak kiedy jestem w formie to potrafię po zleceniu fotograficznym odpoczywać robiąc zdjęcia krajobrazu albo, jak w tym przypadku, przed dużym zleceniem poświecić dzień na „rozgrzewkę”.

Lot miałem z Krakowa i trwał nieco ponad godzinę. Wyszedłem podekscytowany z terminala i od razu zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze niebo było mocno zachmurzone a po drugie w Danii nie działa Uber. Wziąłem więc tradycyjną taksówkę i pojechałem do hotelu, który znalazłem sobie niedaleko miejsca gdzie chciałem spędzić dzień. Byłem trochę zawiedziony. Nie, byłem wkurzony. Pierwszy raz lecę do Kopenhagi, mam czas na fotografowanie i nie ma pogody. Bez sensu.

Taksówka wyrzuciła mnie pod wskazanym adresem i okazało się, że to mieszkanie w kamienicy. Dzwoniłem na domofon ale nikt nie odbierał. Poszukałem numeru kontaktowego i udało mi się dowiedzieć, że zarządca będzie za dziesięć minut. Stałem tak pod drzwiami, czekając aż się zjawi aż nagle poczułem na głowie krople deszczu. Pięknie kur#@. Nie sprawdzałem pogody bo lot rezerwowałem, jakiś czas temu. Chciałem zobaczyć nowe miasto ale jak jest pochmurno i pada to generalnie wrażenia są słabe i… mokre.

Trudno pomyślałem. Zostawiłem bagaże w pokoju i wyszedłem na zewnątrz. Zacząłem iść w stronę tego sławnego kanału ale zaczęło mocniej padać więc skręciłem do najbliżej restauracji. Włoska pizzeria, więc zjadłem pizzę. Była całkiem smaczna. Siedząc przy oknie patrzyłem na pobliskie fasady budynków i zastanawiałem się czy nie lepiej zostać i popracować może w hotelu na laptopie. Na pomoc przyszło mi słońce i jego promienie oświetlające budynek po drugiej stronie ulicy. Uregulowałem rachunek i poszedłem wzdłuż ulicy Overgaden Oven Vandet. Słońce walczyło z chmurami i ciężko było przewidzieć wynik tego starcia ale wiał też mocny wiatr, więc miałem małą nadzieję, że jednak pogoda się poprawi. Po sprawdzeniu prognozy miało się na chwile poprawić a potem znowu postraszyć deszczem. Liczyłem, że to okno pogodowe przyniesie ze sobą okazję do zrobienia zdjęcia.

Dotarłem do sławnego Nyhavn, co znaczy dosłownie nowy port. Jest to kanał i ulica w centrum Kopenhagi. Jak poszukacie graficznych informacji o tym mieście to jest pierwsze co wyskakuje. Z opisu tego miejsca jeszcze zapamiętałem takie zdanie „fasady budynków pomalowane są charakterystycznymi jaskrawymi kolorami”.

Rozpływałem się w tych jaskrawych barwach idąc wzdłuż tej atrakcji turystycznej. Fakt, gdyby nie pogoda miejsce byłoby naprawdę fajne. Zresztą wystarczy zobaczyć pocztówki. Miejsce jest naprawdę piękne ale jak jest pogoda. Przespacerowałem się aż do Kongres Nyrorv Square gdzie znalazłem fajną kafejkę. Stwierdziłem, że skoro nie mogę mieć czego chcę to przynajmniej się zrelaksuję na kawie i nacieszę faktem, że jestem w nowym miejscu. Udało mi się znaleźć miejsce do siedzenia, rozgościłem się… hasło do wifi, te sprawy, całkowicie oddaję się kontemplacji poczty elektronicznej aż tu nagle jak nie zacznie padać. Wiecie, jestem z Polski i jestem Polakiem… i nic nie poprawia humoru jak widok zmokłych turystów za oknem, kiedy siedzisz sobie na wygodym fotelu i popijasz ciepłą kawę.

Padało przez kila minut. W zasadzie mocniej pokropiło ale nasilił się wiatr i było widać, że jest szansa na przejaśnienie. W kawiarni zaczęło robić się tłoczno bo ludzie szukali schronienia, więc zacząłem zbierać się do wyjścia. Tak jak przypuszczałem, wiatr zaczynał rozganiać te chmury i słońce dość powoli zaczynało ocieplać atmosferę. Znacie pewnie ten moment, kiedy słońce zaczyna przedzierać się przez chmury ale one same nie dają tak łatwo za wygraną. Pięknie to wygląda. Im więcej było słońca tym bardziej zaczynałem doceniać miejsce, w którym się znalazłem. Detale architektury niczym ofiary walki światła i chmur otrzymywały ciosy promieni słońca. Pięknie to wyglądało. Tam gdzie było słońce, pojawiał się cień. MIasto jak w kalejdoskopie. Dynamika niesamowita. Przepiękne…

Ok. W tył zwrot i marsz z powrotem do tego „jaskrawego” portu. Daleko nie miałem ale już po przejściu paru kroków widziałem, że sytuacja zmieniła się diametralnie. Pojawiły się normalne kolory. Ulica nabrała życia. Nie było do końca tak jak na pocztówkach bo batalia słońca i chmur dalej trwała w najlepsze ale było zdecydowanie lepiej. Jednym z kadrów w jakm chciałem zaprezentować to miejsce, to długi obiektyw i kompresja perspektywy. Te budynki z boku wyglądają jak klocki dobrane przez dzieciaki. Przyjemny widok. Czuć było, że jest po deszczu i miałem wrażenie, że nie potrwa to długo.

Maszerowałem wzdłuż kanału i szukałem dogodnego kadru. Kompozycja była trochę uzależniona od słońca bo chciałem aby jego promienie reżyserowały scenę. Słońce zmuszało mnie do patrzenia pod konkretnym kątem. Idąc wzdłuż południowej strony Nyhavn zainteresował mnie kadr na ulicy Heibergsgade. Skręciłem więc i przyglądałem się fasadzie tego budynku. Uwielbiam taką architekturę ale taki kadr w innych miastach jest nie do zrobienia. Zwykle zasłaniają go samochody parkujące w każdym możliwym i dozwolonym miejscu. Tutaj też są środki transportu ale sami przyznacie, że wygląda to o wiele bardziej przyjaźnie dla nas samych i dla środowiska.

Spędziłem na tej ulicy kilka minut. Szukałem dodatkowych kadrów. Chciałem ująć jakieś detale ale nic się mi nie komponowało. Dalej w głębi ulicy znalazłem kolejną bardzo interesującą fasadę. Wiem, jestem monotematyczny, ale mnie się to bardzo podoba i widzę w tym wiele piękna. Nie mogłem tematu przedstawić tak samo jak na zdjęciu powyżej. Po pierwsze, zacząłbym się bardzo powtarzać a po drugie, były tam już samochody na ulicy. Dodatkowo fasada składała się jakby z czterech różnych składowych i postanowiłem skompresować kadr i użyć małego triku aby zachować linie proste.

Wróciłem na południową Nyhavn i ze smutkiem zobaczyłem, że niebo zaczyna znowu zmieniać kolor na burzowy. Światło zostało zmiękczone i stało się nijakie. Kiedy chmury przysłaniają źródło światła nie ma sensu robić zdjęć krajobrazu. Wyjątkiem są oczywiście momenty, kiedy fotograf jest to w stanie wykorzystać artystycznie ale wtedy z założenia nie pracujemy na barwach tylko na kompozycji kadru. A jak nie pracować na barwach będąc przy „jaskrawym” porcie. Ech, zrobiło mi się smutno… W miejscu gdzie ulica Nyhavn przecina Holbergsgade jest most, który nazywa się Nyhavn Bridge (tak wiem, oryginalnie). Tam zatrzymałem się bo zobaczyłem piękny kadr. Wielkość moich filtrów do krajobrazu sprawiła, że tłum radosnych komórkowców rozstąpił się i mogłem wykadrować sobie scenę dokładnie tak jak chciałem. Założyłem filtr połówkowy o naturalnej szarości i miękkim przejściu. Promienie słońca muskały fasady budynku ale dość słabo. Widać było na naświetleniach, że luminacja jest ale nie taka jakbym sobie życzył. I wtedy zaświeciło… Pod chmurą dosłownie na trzy sekundy. Byłem tam gdzie chciałem, miałem kadr i teraz mogę z radością pokazać go Tobie…

Nawet się nie obejrzałem a światło „zgasło” a chmury na powrót zaczęły wygrywać walkę… wiatr zyskał na sile i miałem wrażenie, że to koniec na dzisiaj. Ruszyłem w drogę powrotną. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć ale nie byłem co do nich przekonany. Tego dnia miałem już dość. Za dużo wrażeń a następnego dnia miałem się stawić na dużym wydarzeniu esportowym. Po chwili zaczął na powrót lekko padać deszcz.

Kiedy przechodziłem wzdłuż Overgaden Oven Vandet patrzyłem na przycumowane łodzie. Ciekawy widok bo każda inna. Były małe łódki, kutry, jachty. Na niektórych ludzie uprawiali mini ogrody, tam wisiało pranie, tutaj koś miał zapiętego na łańcuchu grila. W oknach tych łodzi było widać różne znamiona człowieczeństwa. W jednym nie było nic, tutaj był obraz a w innym było coś takiego… Też człowiek z pasją?

Kiedy dotarłem do hotlu miałem dość. Myślałem aby wyskoczyć później na nocne zdjęcia ale jak tylko położyłem się to spałem dwanaście godzin. Obudziłem się nad ranem następnego dnia. Myślałem aby jeszcze wyskoczyć może na zdjęcia o poranku ale zdecydowałem nastawić umysł już na zlecenie.

Koordynator grupy fotografującej i drugi fotograf dawali znać, że są już w drodze do hotelu gdzie cała firma miała się gościć przez czas wydarzenia. Więc spakowałem swoją torbę i wymeldowałem. Miałem w linii prawie prostej niecałe sześć kilometrów do Crowne Plaza Copenhagen Towers. Zastanawiałem się czy wziąć taksówkę ale droga wiodła przez tereny Uniwersytetu IT w Kopenhadze, wiec postanowiłem się przejść. Zakładałem, że będzie okazja zrobić kilka zdjęć. Idąc ulicą Amagerfælledvej zobaczyłem budynek szkoły Amager Fælled Skole. Był w dość słabo oświetlony ale zastanawiałem jak będzie w stanie zinterpretować to matryca Sony A7RIII. Sami zobaczcie…

Następnie skręciłem w prawo i po kilkuset metrach wszedłem na teren kampusu. Jak tylko zobaczyłem architekturę to zrozumiałem, że potrzebuję tam małej chwili. Napisałem wiadomość do ekipy fotografującej, że trasa zajmie mi więcej niż planowałem i zabrałem się za komponowanie kadrów. Na pierwszy rzut poszedł akademik Tietgenkollegiet. Kształt mnie bardzo zaszokował. Przez chwilę zastanawiałem się nad kompozycją… do wyboru było odbicie słońca i fajne jasne tony odbijające się w wodzie ale krzywa linia przy wodzie lub wyprostowanie tej linii i utrata tego słońca. Zdecydowałem, że tym razem nie będzie wszystko „wyprostowane” i poszalejemy.

Następnie przechodząc przez mały mostek można zobaczyć szklaną fasadę DR Koncerthuset. To było małe kompozycyjne wyzwanie. Sam pomysł był dość prosty jak zaraz zobaczysz ale… wykonanie tak aby wszystko pozostawało w poprawnej linii zbiegów… to już inna historia. Pamiętam kiedyś słowa profesora z logiki:”Na wieczory intelektualne chodzimy po to, aby ćwiczyć bystrość umysłu”. Ja tymczasem chodzę na takie spacery aby ćwiczyć oko.

Po zmierzeniu się z tą fasadą miałem już dość na ten dzień i udałem się spacerem w stronę Hotelu. Nie będę opisywał całej historii z zakwaterowaniem ale pod koniec dnia miałem na zegarku zarejestrowane ponad piętnaście kilometrów piechotą i to z ogromną walizką na kółkach. Stało się tak z powodu zmiany rezerwacji w pierwszym hotelu i wysłano mnie do innego… kiedy przybyłem do drugiego hoteli okazało się, że to pomyłka i mam wracać. Po kontakcie z koordynatorem miałem się udać prosto na arenę. Chciałem spacer to miałem.

Royal Arena Kopenhaga. Piękny budynek. Wygląda na zdjęciach na mały obiekt ale proszę mi wierzyć, że nie jest. Arena do wydarzeń sportowych jest przygotowana na przyjęcie 12500 osób. Przy koncertach, gdzie tłum może częściowo stać na głównej płycie pojemność się zwiększa do 16000. Za zaprojektowanie obiektu jest odpowiedzialna załoga z 3XN i jak sami twierdzą zaprojektowali budynek w duchu Skandynawskiej tradycji, gdzie kładzie się nacisk na jakość, funkcjonalność oraz wzornictwo.

Tego wieczoru, kiedy wracaliśmy do hotelu tak prezentowała się Arena w tak zwanej niebieskiej godzinie.

Następne dwa dni były przepełnione pracą. Reportaż z pięknej imprezy esportowej. Finał Spring Split Eu w Leauge of Legends ale o tym w następnym wpisie. Tutaj chciałem opisać wam moje wrażenia z pobytu w Kopenhadze, więc skaczemy do dnia mojego wylotu. Tak się złożyło, że lot powrotny miałem wieczorem, więc chciałem zobaczyć trochę więcej. Tym razem wypytałem dokładnie o możliwe środku transportu i okazało się, że dosłownie obok hotelu jeździ metro i prowadzi prawie w okolice „jaskrawego” portu. Zaplanowałem sobie powrót w tamto miejsce i lekki spacer. Wsiadłem na przystanku Orestand i za 24 Korony Szwedzkie pojechałem aż do stacji Kongres Nytrow. Okazało się, że to ten rynek przy którym piłem kawę. No cóż, wiedza nie boli, boli jak trzeba iść ten kawałek piechotą.

Zanim dostałem się na rynek Kongres Nytrow zrobiłem kilka kadrów hotelu Crowne Plaza Copenhagen Towers. Nie miałem siły zrobić tego kadru wieczorem ale mam mocne postanowienie, że następnym razem postaram się zrobić kilka nocnych kadrów. Tak hotel prezentował się w dzień…

Przy Kongres Nytrov skręciłem w ulicę August Bournonvilles Passage bo zainteresowała mnie… fasada. Tym raczej zacznijmy od detalu, bo przecież widać Syrenki 😉

Kilka metrów dalej w głąb ulicy gdzie zmienia się ona w Tordenskjoldsgade było przepiękne sklepienie. Światło odbijało się od drogi i oświetlało sufit od dołu. Zobaczyłem to kątem oka ale im bliżej podchodziłem tym bardziej się podobało. Zresztą zobaczcie sami…

Wolnym spacerem znowu udałem się do „jaskrawego” portu. Światło było ostre, więc nie powtarzałem kadrów. Minąłem kanał po prawej stronie i udałem się wzdłuż Bredgade. Szedłem bez celu, droga była celem samym w sobie aż po lewej stronie wyłonił się piękny widok. Zatkało mnie lekko bo nie spodziewałem się takiej niespodzianki. Przygotowałem to zdjęcie na stylizację starej pocztówki z Włoch. Tak mi się kojarzyła ta scena… niczym z filmu z lat 80-tych.

Zdjęcie zrobiłem z przejścia dla pieszych i tak się skupiłem na liniach w kadrze, że nie zauważyłem samochodu. Na szczęście kierowca musiał być przyzwyczajony do turystów i nawet nie zatrąbił. Spokojnie się zatrzymał i jak opuściłem aparat to miło się uśmiechnął. Gestem podziękowałem i zmieniłem kierunek spaceru. Zastanawiało mnie czy mogę wejść do środka. Mogłem…

Wnętrze Kościoła Murowanego (Frederiks Kirche). Miałem wrażenie, ze 17mm ogniskowej jest całkowicie niewystarczające. Dodatkowo poszedłem na „popstrykanie”, wiec nie zabrałem statywu. Zdjęcia tego dnia miały być spokojnym wentylem po wczorajszej ciężkiej pracy. Jak tylko zobaczyłem to wnętrze to znowu umysł wyszedł na wysokie obroty i zacząłem komponowanie kadrów tego wnętrza. Spędziłem tam może z godzinę kiedy uświadomiłem sobie, ze moje serce bije szybciej a oddech zmienił ton na nerwowy. Włączyło się takie nastawienie w którym muszę uchwycić te kadry bo za chwilę zburzą ten Kościół i stracę okazje. Uświadomiłem sobie, ze tracę magię chwili, więc przestałem fotografować i poszedłem na boku pomyśleć. Uspokoiłem się, zacząłem spokojnie oddychać tym specyficznym kościelnym powietrzem. Z dała było słuchać delikatne odgłosy miasta ale nie przeszkadzało to w kontemplacji.

Bardzo zaskoczyło mnie to miejsce bo szukając lekkich kadrów w internecie wszystko sprowadzało się do „bay area”. A tu raptem kilkaset metrów obok stoi sobie taki rarytas architektury. Warto czasami iść przed siebie bez planu.

Posiedziałem tak z pół godziny i patrzyłem na innych ludzi, którzy wpadali do Kościoła z telefonami i aparatami. Każdy robił zdjęcia i każdy prześcigał się aby szybciej od innych zrobić najlepsze zdjęcie tego lata w tym Kościele. Przez moment pomyślałem, ze sam przed chwila tak się zachowałem a teraz ze mnie wielki filozof. Także poszedłem dalej…

Kupiłem w sklepie z pamiątkami magnes na lodówkę. Tam zapytałem co jest w okolicy ciekawego do zobaczenia. Pani chciała skierować mnie na powrót do Marmurowego Kościoła ale powiedziałem, że właśnie stamtąd idę. Po chwili namysłu zasugerowała abym zobaczył „syrenkę”.

Szedłem wzdłuż Larsens Plads. Na chwilę zatrzymałem się przy galerii sztuki (Den Kongelige Afstøbningssamling) oraz przy nieopisanym budynku z niebieskimi oknami. Zacząłem się przez moment zastanawiać czy warto iść dalej ale po chwili zobaczyłem, że jestem dość blisko. Sama syrenka nie zainteresowała mnie na tyle, że chciałbym ją tutaj zaprezentować ale obok znajdował się piękny kościółek.

St Alban’s Church. Kościół św. Albana jest doskonałym przykładem wczesnej wiktoriańskiej architektury gotyckiej. Został zaprojektowany przez słynnego wiktoriańskiego architekta Sir Arthura Blomfielda i zbudowany pod nadzorem duńskiego architekta profesora L. Fangera. Mimo typowego angielskiego wyglądu kościoła, większość materiałów budowlanych pochodzi z Danii. Kamienne okładziny wykonano z wapienia z Faxe, ściany zewnętrzne wyłożone są głazami skalnymi ze Stevens. Wieżę wybudowano z granitu z Olandii w Szwecji. Dach jest pokryty dachówkami z Boroseley z Shropshire.

Zdjęciem witraża kończymy relację. Miło wspominam spacery po Kopenhadze, choć mam wrażenie, że byłem tam za krótko i miałem zbyt mało czasu na fotografowanie. Był to raczej spacer z aparatem niż fotografowanie miasta. Do tematów podchodziłem trochę jak turysta ale starałem się oddać wiernie to co widziałem i pokazać moją „trasę” od najciekawszej strony.

Pięknie dziękuję za wizytę i proszę zostaw po sobie jakiś ślad…

Pozdrawiam Serdecznie,
Wojciech Wandzel