Kino na Granicy 2018 Reportaż Fotograficzny oraz Subiektywna Opowieść. Cieszyn, Polska

In Events, Photography
Scroll this

Etap Poznania

„Pracę rozpocznij od pobrania pakietu startowego w Centrum Festiwalowym”. To były ostatnie słowa kończące negocjację organizacyjne prowadzone z moim koordynatorem na krótko przed festiwalem. Jadąc do Cieszyna byłem spokojny, ale z upływem kilometrów zaczynałem się zastanawiać, jak to będzie. Jechałem fotografować Dwudziestolecie Przeglądu Filmowego Kino na Granicy / Hranici. Słyszałem o tej imprezie, bo mieszkam dość blisko, ale jak to zwykle bywa, kiedy przyszło do poszukiwania konkretów w pamięci okazało się, że nie wiem o tej imprezie kompletnie nic. Jedyna informacja, jaką zdołałem sobie przypomnieć, mówiła o tym, że jednym z najbardziej widowiskowych elementów przeglądu jest projekcja filmowa nad Rzeką Olzą. Widzowie siedzą w jednym kraju i oglądają obraz na ekranie w drugim państwie. Projekcja filmowa jest niejako mentalnym mostem pomiędzy Polską a Czechami.

Biuro festiwalowe znajdowało się na Zamku w Cieszynie. Dość malowniczo położony zamek był pięknym centrum tego przedsięwzięcia, a stojąc obok pomnika przy skwerze Św. Melchiora Grodzieckiego można było zobaczyć przestrzeń, w której rozgrywa się festiwal. Po raz kolejny przypomniałem sobie „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Nie sądziłem, że Cieszyn może stać za tak dużym festiwalem. Dostałem „talony” na jedzenie, hotel i pozwolenie na parkowanie w całym mieście na czas festiwalu. Hotel nie był potrzebny, bo największą przyjemnością było wrócić do domu po pracy, w końcu miałem tylko 10 min samochodem. Natomiast reszta była bardzo wygodnym dodatkiem. Parkowanie na czas festiwalu… szok. Uprzyjemniało życie jak nic innego.

Kiedy przywitałem się z koordynatorem i poznałem kilka osób, postanowiłem przespacerować się po miejscach, w których miałem w następnych dniach robić zdjęcia. Ostatnim etapem była restauracja w Czeskim Cieszynie, gdzie tego dnia zjadłem obiad. Obok restauracji miała miejsce wystawa podsumowująca dwadzieścia lat tego festiwalu. Bardzo chciałem to zobaczyć, bo zdjęcia na stronie nie pokazywały mi obrazu imprezy. Zdjęcia wybrane na wystawie siłą swojej treści tworzą jakieś wrażenie, ktoś je wybrał celowo, także bardzo chciałem zobaczyć efekt tej pracy. Trawiłem wystawę jakieś pół godziny, miałem wrażenie, że wiem mniej niż poprzednio. Nie umiałem uchwycić treści tego przekazu.

Był tam jakiś chaos, brakowało spójności. Miałem wrażenie, że każde zdjęcie jest z innej imprezy. Idąc w stronę Teatru imienia Adama Mickiewicza w Cieszynie, myślałem nad tym, jak ja chciałbym pokazać ten festiwal. Coś mi się kołatało w głowie, jakaś nieuchwytna myśl. Znam już siebie na tyle, żeby nie zmuszać umysłu do wyrzucania przemyśleń tu i teraz, tylko dać im czas na destylację. Wiecie, kilkunastoletni Single Mald jest o wiele lepszy niż tygodniowy bimber. Z przemyśleniami też tak jest. Dajmy im czas, a zaskoczą nas swoją trafnością. Wolniejszy czas też zaczynał się kończyć, więc nastawiłem się na zrobienie materiału. Nastawiłem się pozytywnie i postanowiłem, że zdjęcia opowiedzą swoją historię.

Smak Pomarańczy

Zdjęcia z pierwszego były trudne. Wszystko było nowe a nikt nie był w stanie wytłumaczyć mi, czym jest ten festiwal. Większość czytelników teraz pomyśli, że taka wiedza fotografowi nie jest potrzebna. Przecież ma pokazać to co widzi. Otóż, nie jest tak w praktyce. Jeśli znamy i rozumiemy to co widzimy to jesteśmy w stanie to lepiej pokazać. Na eventach zwykle jest kilu fotografów prasowych, ich zadaniem jest szybkie zrobienie zdjęć dokumentacyjnych. Fotograf imprezy zatrudniony przez organizatora, moim zdaniem, powinien iść dalej. Dodatkowo są imprezy, którym towarzyszy jakaś idea. Kino na Granicy jest właśnie taką imprezą, problem był tylko taki, że nikt nie był w stanie mi tego wytłumaczyć.

Miałem wrażenie, że jestem w sklepie spożywczym i pytam o smak pomarańczy. Tam wszyscy się znają, mam też wrażenie, że część komunikatów pomiędzy organizatorami jest pozawerbalna. Coś jak na meczu koszykówki, kiedy jeden zawodnik ma zamiar podać piłkę to nie krzyczy na boisku:”Franek podaję!”. Tylko rzuca, nawet nie patrząc i ma nadzieję, ba, on wie, że kolega odbierze. Kino na Granicy to właśnie taki mecz. Wtedy przychodzę ja, nowy człowiek. Pytam o ten smak pomarańczy i patrzą na mnie jak na przybysza z bieguna. Tak mijał drugi dzień ale się nie poddawałem. Stwierdziłem, że jeśli nikt mi nie mówi jak ma wyglądać fotograficzna opowieść z tego festiwalu, to postaram się zrobić po prostu jak najlepszy reportaż z tej imprezy, a wizja powinna wyklarować się sama.

Fotograficzne Zen

Drugi dzień był dla mnie jeszcze walką o zrozumienie tematu. Mentalnie byłem zmęczony brakiem odpowiedzi na wszystkie te męczące mnie pytania. Wykonałem kawał pracy tego dnia, takiej dodatkowej, która miała mi pomóc w dalszych dniach. Mimo, że na planie nie miałem być na projekcji nad Olzą, to wybrałem się tam, aby zobaczyć jak wygląda to przedsięwzięcie. Miałem wrażenie, że wszędzie jestem spóźniony i winiłem za to siebie. Siedziałem w nocy do trzeciej nad ranem i przygotowywałem materiał. Poszedłem spać i sen przyniósł wiele odpowiedzi. Następnego dnia zacząłem z nową energią. Postanowiłem zmienić podejście do barw i w procesie postprodukcji trochę inaczej je zinterpretować. W trakcie dnia przyszedł sms od koordynatora z informacją, że zdjęcia się bardzo podobają. Kolejny impuls, żeby iść dalej. Spotkałem znajomego, który ma dość szczególny widok z okna i przy okazji zrobiłem fajne zdjęcia na Teatr w Cieszynie.

Podświadomie postanowiłem sobie, aby postarać się być bliżej wydarzeń. Czasami myślenie życzeniowe w moim zawodzie przynosi namacalne skutki. Okazało się, ze na kolejnym spotkaniu są znajome mi twarze. W trakcie spotkania zebrałem się w sobie i wszedłem na scenę za prelegentów. Powstało coś nowego, co – jak mniemam – zapoczątkowało powstanie pewnego epickiego zdjęcia, ale o tym później. Tego dnia przeprosiłem się z obiektywem 85mm i starałem się dostać bliżej wydarzeń. Stawiałem się na miejsce dużo wcześniej niż wymagał tego plan mojej pracy. Liczyłem, że przypadkowo uda się zatrzymać na zdjęciu jakieś chwile festiwalowego luzu. Tak się stało i udało się dodać do materiału trochę zdjęć, które mam nadzieję wywołują uśmiech odbiorców.

Jednocześnie starałem się pokazać, że ten festiwal nie posiada granic pomiędzy gwiazdami a uczestnikami. Na Festiwalu w Cieszynie ikony polskiego kina spacerują swobodnie po rynku. Można z nimi swobodnie porozmawiać i nikt nie dostaję przez to zawału serca. Tam nie ma osobnego wejścia na gwiazd. Tam jest inaczej. Kiedy zaczynałem robić zdjęcia postanowiłem, że pokażę ten festiwal jako coś ogromnego. Wydarzenie to faktycznie jest duże, ale… kiedy posmakowałem tej pomarańczy okazało się, że chciałbym aby to bardzo powoli dojrzewało i gabarytowo pozostało takie, jak jest. Gdyby jakimś cudem festiwal urósł raz lub dwa razy bardziej, to moim zdaniem utraciłby swój przepiękny, kameralny charakter. Zacząłem robić zdjęcia szerokie, ale jednocześnie zamknięte. Chciałem pokazać skończoną przestrzeń, gdzie zwykle lubię tak otwierać kadry, aby widz mógł widzieć, że kadr jest w jakimś stopniu nieskończony. Tutaj, chyba po raz pierwszy w mojej karierze, pomyślałem, że ten zabieg byłby nietrafiony.

Projekcja na Granicy / Hranici

Wieczorem trzeciego dnia udało mi się znaleźć chwilę czasu, aby udać się nad Olzę. Widowisko bardzo ciekawe, ale mega trudne do pokazania na fotografii. Brak czasu też jakoś pozytywnie nie wpływał na proces kreacji w mojej głowie. Jedna z trudności w fotografii wydarzeń to brak czasu na myślenie. Trzeba działać instynktownie i liczyć, że doświadczenie podpowie rozwiązanie. Pierwsze udałem się na Czeską stronę i robiłem kadry pod lekkim kątem ale tak aby było widać ekran. Efekt jest ciekawy, ale chciałem zrobić jedno zdjęcie, które będzie mogło służyć jako odpowiedz na pytanie: „Jak wygląda Kino na Granicy”.

Poszedłem więc z powrotem na stronę polską w kierunku ekranu. Chciałem uchwycić promienie projektora i ludzi siedzących na drugim brzegu. Znalazłem tam osoby odpowiedzialne za ekran i zapytałem czy mogę zrobić zdjęcie z centralnej pozycji. Stwierdzili, że nie widzą problemu. Miałem się tylko nie wychylać. Zgięty w pół (co zupełnie nie miało sensu, ale wolałem dmuchać na zimne) ustawiłem się w centrum. Skupione wiązki światła dość fajnie dają się zarejestrować, pod warunkiem, że jesteśmy w stanie ustawić się do nich centralnie. Wtedy widać dość dobrze jak się rozszczepiają. Jeśli dodamy do tego kombinację dłuższego naświetlania i -o ile to możliwe – większą przysłonę, to efekt potrafi być zaskakujący. Wykonałem tam kilka trzydziestosekundowych naświetleń, bo zależało mi, aby wykrzesać z tego kadru wszystko, co byłem w stanie. Widok zapierał dech. Mam ogromną nadzieję, że zdołałem to uchwycić…

Reżyserzyce

„To przełomowe zdjęcie powinno przejść do fotograficznej historii polskiego kina.” To słowa Łukasza Maciejewskiego, który był inicjatorem tego zdjęcia. Przyznam, że taki kadr chodził mi po głowie od dnia pierwszego, ale nie miałem odwagi proponować takiego rozwiązania. Mam też nadzieję, że pomysł powstał po zobaczeniu zdjęcia, które zrobiłem podczas spotkania po filmie „Najlepszy”. Idea była świetna, kilkakrotnie z Panem Łukaszem rozmawialiśmy jak przedstawić pomysł publiczności, aby nikt nie poczuł się urażony. Patrząc także na poprzednie zdjęcie, które zrobiłem zza pleców w stronę Teatru pomyślałem, że warto poprosić publiczność, aby wstała. Chciałem, aby aktywnie brała udział w zdjęciu. Chciałem je nie tylko zrobić, ale też stworzyć. Kiedy „Reżyserzyce” utworzyły zgrabną linię poprosiłem gestem Teatr, aby jeszcze bardziej dołączył się do tego zdjęcia, podnosząc intensywność oklasków. W pewnym momencie energia przejęła Teatr, a mnie pozostało uchwycić moment. Powiem szczerze, że byłem bardzo zdenerwowany, bo chciałem to zrobić najlepiej jak umiem. Wyliczałem prawdopodobną ekspozycję z poprzednich zdjęć. Przed wejściem na scenę miałem już ustawiony aparat. W ostatnim momencie zmieniono światło, a mnie to zabolało aż w żołądku. Ułamek sekundy na zmianę. Pracujemy bez fotograficznego spadochronu, bo albo robimy kit jakościowy, ale bezpiecznie ustawiamy czas naświetlania, albo… jesteśmy mną i ryzykujemy. Trudno to w sumie nazwać ryzykiem, bo podświadomość podpowiedziała, jakiego czasu naświetlania użyć aby uzyskać najlepszą jakość w danych warunkach. Ja jako fotograf nie przepadam za byciem w centrum uwagi; lata pracy nauczyły mnie, że najlepsze zdjęcia wychodzą wtedy, kiedy jestem niewidzialny. To jedno zdjęcie temu przeczy. Tutaj musiałem stanąć w centrum, przyjąć energię każdego i przekuć to w fotografię. Zrobiłem to najlepiej jak umiałem i myślę, że jest to jakieś podsumowanie wielu lat pracy i pasji… Resztę niech dopowie sama fotografia.

Podsumowanie

Cieszyn Cieszy i Cieszyn zmienia…

Festiwal nie należy do lekkich. Patrząc na statystyki, to pokonałem ponad 70km piechotą. Mój zegarek tryskał pozytywna energią, gratulując mi poprawę ogólnego dziennego wysiłku. Myślę, że ponieważ jest tego tak dużo, łatwo popaść w rutynę i „cykać” zdjęcia na każdym spotkaniu, bez większego zastanawiania się nad ich przekazem. Uważam, że jest to szalenie ważne, aby móc choć chwilę posłuchać spotkania aby lepiej je pokazać na zdjęciach. Robiłem to za każdym razem, kiedy tylko miałem na to czas. Nie zawsze się udało, a wtedy starałem się dość intuicyjnie przedstawić emocje. Te znowu towarzyszyły każdemu spotkaniu i było ich tak wiele, że pokazywanie ich na zdjęciach było czystą przyjemnością. Chciałem pokazać ludzką twarz tego festiwalu. Uśmiech ludzi, który poprzez ekran wydają nam się bardzo odlegli. Cieszyn swoją magią sprawia, że mamy ich na wyciągnięcie ręki i właśnie to starałem się pokazać. To był właśnie smak pomarańczy, jakiego szukałem.

Tutaj teraz powinien pojawić się obszerny opis tego, co jeszcze składa się na ten Cieszyński smak jaki odkryłem. Mógłbym spróbować to jakoś opisać, ale myślę, że jeśli zainteresował Was ten opis, to powinniście sami przyjechać i sami poznać ten smak. Jest to tak ulotne, osobliwe i subiektywne, że błędem byłaby próba opisania tego przez fotografa. Chciałbym Wam pokazać zdjęcia i jeśli Was zainteresowały to zapraszam na facebooka Kina na Granicy, bo tam możecie prześledzić moją fotograficzną opowieść dzień po dniu. A jeśli dalej będzie Wam mało, to po prostu musicie przyjechać na kolejną edycje. Ja z przyjemnością wrócę na ten festiwal, jeśli będzie mi to dane. Myślę, że jest to bardzo konkurencyjna opcja na majówkę i wydaje mi się, że każdy kto lubi i szanuje kino przynajmniej raz powinien tam się znaleźć…

Zrobiłem, jak na siebie, nienaturalnie dużo zdjęć. W tym osobistym podsumowaniu wrzuciłem kilka, które w najlepszy sposób obrazowały słowa, jakimi chciałem opisać ten festiwal. Kiedy już zrozumiałem, co chce pokazać, zdjęcia tworzyły się jakby same… tylko fizycznie musiałem się znaleźć na miejscu. Przygoda była niecodzienna i mam nadzieje, że na mojej drodze fotografa jeszcze będzie wiele takich. Dziękuję Ci, drogi widzu, za to, że w dzisiejszym zabieganym świecie znalazłeś czas aby tutaj zajrzeć i doczytać do tego momentu. Żal mi trochę innych zdjęć, które nie trafiły do wpisu ale wpadłem na mały fortel, który widać poniżej… Może taka mozaika zobrazuje ogrom tego materiału.

Jeszcze raz pięknie dziękuję i było mi ogromnie miło, że mogłem Cię gościć. Zostaw po sobie jakiś ślad. Najlepiej napisz poniżej parę słów. Może byłeś na festiwalu? Jeśli nie, to czy mój opis zachęcił Cię do odwiedzin następnej edycji?

Serdeczne Pozdrowienia,
Wojciech Wandzel